Rozdział 3
Ta chwila trwała jednak zbyt długo, nawet jak na "taką" chwilę. Rozejrzała się dokoła - nie widać było żadnych strzał. Okazało się, że przytrafiło jej się największe szczęście na całym świecie. Nici będące na dole były rozbrojone. Zapewne Ahuizotl rozbroił je dla swoich sług. Nie dlatego, że się o nich martwił. Ktoś musiał mu służyć. Do zauważała krew na ścianie, która świadczyła o tym, że jednemu z jego sług się nie udało. Istniało duże prawdopodobieństwo, że to właśnie nim "rozbrajał" pułapki, stąd tyle krwi.
Tu też musiała zostawić jakiś ślad, który podpowie jej przyjaciółkom, jak przejść tędy bez szwanku. W jej bardzo głębokiej kieszeni zostało parę kamieni i parę skrawków papieru (zwykle nie zabierała tyle rzeczy, ale wtedy też nie myślała o tym, że ktoś będzie ją musiał śledzić). Wzięła skrawek i napisała na nim:
"Podążajcie z ciałem przy ziemi i nie zwracajcie uwagi na dolne nici - są rozbrojone"
Sama się zdziwiła, że na takim skrawku zdołała tyle zmieścić. Szybko zawinęła kamień w opisany kawałek papieru i poturlała obok kapelusza. Przeszła do następnego pomieszczenia gdzie znajdowały się liany, tyle że tutaj nie było pułapek - po prostu liany. I nie tak jak w pierwszym w pokoju, gdzie latanie kończyło się wręcz zwęgleniem. W pierwszym pokoju zamontowali tzw. czujnik latania. Każdy wzlot na wysokość większą od wzrostu dorosłego kucyka kończył się uruchomienia rury prującej ogniem. Żałowała, że tej informacji nie zostawiła. Ale czuła, że koleżanki sobie poradzą. Zamiast skakać po lianach i tracić czas rozwiązała swoje skrzydła i zaczęła lecieć na drugą stronę. Czas, choć o tym nie wiedziała, nieubłaganie się kończył. Podczas podróży zastanawiała się, co dzieje się z jej rodzicami. Czy jeszcze żyją? Czy nie są ranni? Te pytania przychodziły i odchodziły w najmniej odpowiednim momencie utrudniając jej dotarcie do celu.
Został jej tylko jeden pokój, a raczej korytarz cały wypełniony wodą. Musiała na jednym wdechu przebyć około 50 m. I gdy trzeba przejść taką odległość, nie ma najmniejszego problemu. Jednak kiedy trzeba to przepłynąć na jednym wdechu to jest wyzwanie nawet dla samej Dzielnej Do. Nie zastanawiając się długo wypełniła swoje płuca po brzegi powietrzem i wskoczyła do wody. Po 5 m wyczuła, że coś ją śledzi i nie były to raczej jej koleżanki. Odwróciła się i zauważyła, że tuż za nią z szybkością motorówki płynie aligator. Zaczęła płynąć szybciej, zaczęła nawet używać skrzydeł, lecz z marnym skutkiem. Wielki krokodyl był coraz bliżej niej. W pewnej chwili zobaczyła światło pochodni wyłaniające się z sufitu. Miała plan. Musiał go wywabić na powierzchnie i niestety zabić, gdyż inaczej jej pomocnice nie mogłyby przejść. Z siłą torpedy wyskoczyła z wody, gad zaraz za nią. Gdy byli dostatecznie wysoko Do wymierzyła śmiertelny cios z półobrotu tylnym kopytem, w powietrzu, prosto w głowę aligatora. Uderzony krokodyl z niewyobrażalną siłą uderzył o ścianę, a jego czaszka eksplodowała razem z mózgiem obryzgując całą ścianę krwią i szczątkami kości.
Nienawidziła zabijać dzikich zwierząt, ale w tej chwili musiała. Przycichła na chwilę. Wiedziała, że należy mu się chwila ciszy. Odwróciła się i zauważyła wajchę. Skoro drzwi były zamknięte to pewnie był mechanizm je otwierający. Pociągnęła dźwignię w dół i tak jak sądziły, wejście się otwarło. Jednak nie tylko ono. Podniosła się ściana oddzielająca początek od końca tego pomieszczenia. Można teraz było przelecieć nad zbiornikiem bez żadnych niespodzianek. Okazało się, że tak naprawdę nic już teraz nie przeszkadzało w przejściu na drugą stronę. Tymczasem była jeszcze jedna rzecz. Poświęcenie Aligatora było nie potrzebne. Załkała w sercu. Próbowała wmówić sobie, że próbował ją zjeść. Niewiele to dało. Wiedziała co zrobić, aby zapomnieć. Musiała sprawić, żeby jej rodziców nie spotkało to samo. Pobiegła w głąb korytarza.
Na końcu wszystko było już gotowe. Wszystkie ściany, tak jak i podłoga były z popękanego marmuru, pokrytymi lianami, a w niektórych miejscach powtykane były drogocenne kamienie. Pod elewacjami w rzędzie stali słudzy Ahuizotla, którzy o dziwo na jej widok nawet nie drgnęli. Na końcu pomieszczenia, naprzeciwko niej na środku ściany wisieli przyczepieni jej rodzice. Metalowe kajdanki oplatały ich kopytka. Dzielna Do zachowała zimną krew widząc po prawej stronie jej nemezis siedzącego na tronie i zagryzającego jabłko. Promienie padające prosto z otwartego dachu oświetlały całe pomieszczenie blaskiem księżyca. Nagle do jej ciała przywarła ściana i zakuła podobnymi kajdankami jakie miały jej rodzice. Instynktownie próbowała się uwolnić, ale metalowe bransoletki były zaciśnięte zbyt mocno. Mechanizm wymyślił sam Ahuizotl wiedząc, że Dzielna Do przyjdzie. Kamienna płyta, która przywarła do naszej bohaterki zaczęła sunąć po ścianie i pozostawiając ją w takiej pozie jak jej rodzice tuż obok nich.
-Jesteście cali? - zapytała bez wahania córka.
-Spokojnie, nic nam nie jest, tatę trochę poturbowali, ale żyje - uspokoiła ją matka.
-Wypuście nas śmiecie, albo chodźcie się bić - tata ,choć z uszczerbkiem na zdrowiu, cały czas chciał się dobrać do skóry swoim oprawców.
-Sama widzisz - zaśmiała się mama. Miała ten dar, że nawet w najtrudniejszych chwilach potrafiła się uśmiechnąć. - Przepraszam, że pytam, ale masz jakiś plan?
-Poczekamy na wsparcie - szepnęła matce do ucha. - Moje koleżanki już tu biegną.
-To dobrze - jej rodzicielka zawsze wiedziała, że może liczyć na swoją córkę.
Ahuizotl skończył jeść jabłko, ogryzek rzucił w stronę jej ojca i zagroził:
-Zamkniesz się albo odetnę ci język, uszy więdną.
-Po moim trupie - lekceważąco odpowiedział ojciec.
-W sumie możesz sobie krzyczeć w ostatnich chwilach - wielki stwór zaczął się śmiać, a wraz z nim wszystkie jego sługi. - Do, moja droga przyjaciółko myślałem, że będziesz się dłużej męczyła z pułapkami - na słowa "droga przyjaciółko" podróżniczkę zemdliło. - Jednak teraz, kiedy już przyszłaś, możesz porozmawiać z rodzicami, a ja będę się zbierał. Tak w ogóle wiesz, że sama uruchomiłaś mechanizm, który was zabije? - Ahuizotl nadal się śmiał, Do na tą informację zrobiła wielkie oczy.
Miała tylko szczerą nadzieję, że jej przyjaciółki zdążą ich uratować oraz że znajdą podpowiedzi, bo bez tego może być krucho. Wielkiego, zmutowanego, trójręcznego kociaka wynosili przez tylne drzwi, które znaleźli przez przypadek, dochodząc do tej świątyni. Jeszcze nic nie oznaczało, że mieli zginąć.
Nagle z rur znajdujących na ścianach, umiejscowionych praktycznie przy ziemi zaczęła wypływać jaskrawozielona ciecz, o lekko metalicznym połysku. Poziom tej dziwnej mazi podnosił się w żółwim tempie. Oczy Dzielnej Do od razu wypatrzyły substancję. Westchnęła cicho. Podczas gdy jej rodzice zawzięcie dyskutowali na jakiś temat, nie zauważywszy jeszcze śmiertelnej wody, ona szepnęła bezgłośnie "pośpieszcie się" i przymknęła powieki. Teraz była zdana tylko na swoje przyjaciółki.
- Twilight, pośpiesz się! - krzyknęła Rainbow Dash.
- Wiedziałaś, że te znaczki to prawdopodobnie starożytne hieroglify, które mogły zostać stworzone tysiące lat temu? - odparła fioletowa klacz z zafascynowaniem przyglądająca się ścianom świątyni, rozchylając delikatnie liany kopytkiem. - Czytałam kiedyś, że... - urwała, widząc że jej przyjaciółka jest już dobre 50 m przed nią - Rainbow, zaczekaj!
Kiedy Twilight dogoniła swoją przyjaciółkę, zastała ją przyglądającą się jakiemuś przedmiotowi. Podeszła bliżej.
- Patrz, Do tu była! - krzyknęła klacz, wprost do ucha zaskoczonej księżniczki. - Patrz! - powtórzyła, wskazując na małe, błękitne kamyczki pozostawione na właściwych płytkach.
- No to w drogę, nie mamy czasu do stracenia. - odpowiedziała zadowolona Twilight, na co Rainbow pokręciła głową z niezadowoleniem, na myśl, że jeszcze przed chwilą jej przyjaciółka była tak bardzo zajęta podziwianiem "hieroglifów".
Po chwili ożywiła się i powiedziała:
- Tylko czemu Do po prostu nie poleciała? - spytała beztrosko i wzniosła się w górę.
- Widocznie musiała mieć... - nie dokończyła, ponieważ z sufitu buchnął czarny strumień dymu. - ...powód! - krzyknęła nieco przerażona i czym prędzej pogalopowała w stronę leżącego na posadzce kucyka.
Rainbow podniosła się z ziemi, kaszląc głośno.
- Dashy, nic ci nie jest? - spytała Twilight zatroskanym głosem.
- Nie... - zaczęła, po czym ponownie odkaszlnęła. - Tylko mnie trochę przypaliło... - odparła, wskazując na zwęglone końcówki skrzydeł.
Zamachała nimi lekko, otrzepując je z czarnego pyłu. Skrzydła były trochę poranione, ale sprawne.
- Dobra, teraz serio musimy się pośpieszyć - powiedziała Rainbow.
Po chwili kucyki dotarły do kolejnego pomieszczenia, gdzie zobaczyły kapelusz Dzielnej Do.
- O nie, na pewno coś jej się stało! Do nie zostawiłaby kapelusza! - krzyczała przerażona niebieska klacz, która otrząsnęła się już z "wypadku".
Twilight pokręciła przecząco głową, czytając list od ich przyjaciółki.
- Do musiała ominąć te nitki. - podniosła wzrok na zdezorientowaną Dash. - Powiedziała, że te ostatnia jest zdemontowana - wyjaśniła jej Twilight wskazując na krew przy końcu. - Poprosiła też, żebyśmy go jej przyniosły.
- Ale jak to zrobimy? - Rainbow zamrugała powiekami ze zdezorientowaną miną.
- Chyba mam pomysł.
Księżniczka Sparkle chwyciła jeden z kamyczków i rzuciła go w kierunku pierwszej nici. Po chwili wystrzeliła z niej strzała, wbijając się w ścianę na przeciwko.
- Ha, widzisz! - zawołała z dumą - wyrzutnie działają z opóźnieniem. Tak było w książce "O mechanizmach i wyrzutniach". Gdyby się nad tym zastanowić, możemy przerzucić kapelusz na drugą stronę ze średnią prędkością 50 km na godzinę, co w rezultacie zdemontowało by kilka nici i dzięki temu łatwo byłoby nam wziąć kapelusz, ale z drugiej strony jeśli nie udało by się...
- YOLOOOOOOO!!! - wrzasnęła Rainbow Dash przerywając monolog Twilight i kopnęła nakrycie głowy tylnymi kopytkami, wprawiając je w ruch z niesamowitą prędkością.
Kapelusz świsnął między nićmi, zahaczając o niektóre z nich. Wszystkie, które dotknął, pękały od razu.
- No - otrzepała kopytka z kurzu. - Możemy iść - odparła dumnie.
Gdy były na drugiej stronie, Dash pochwyciła kapelusz i włożyła go sobie na głowę. Czuła się bardzo odpowiedzialnie niosąc tak ważny przedmiot.
-Tutaj chyba nic nam nie grozi - szepnęła Dash bojąc się, że nawet jej głos sprawi, iż świątynia się zawali.
-Nie widzę tu żadnych wskazówek od Do więc raczej nie... - sama nie była pewna swojej wypowiedzi. - Tym razem to ja polecę pierwsza - wzbiła się w górę, ostrożnie żeby niczego nie uruchomić. Gdy miała już pewność, dała znak Rainbow i razem przeleciały całe pomieszczenie. Odetchnęły na moment z ulgą, gdyż miały już przeczucie, że nic im nie zagrażało.
-TWI!!!CHOĆ POPŁYWAĆ! - zaczęła wrzeszczeć jej tęczowa przyjaciółka.
-Dobrze wiesz, że nie mamy na to czasu - odpowiedziała. - Musimy..., a co tam leży?
Poleciały na koniec korytarza, gdzie zastały rozkładającego się krokodyla z roztrzaskaną głową. Obie przytknęły kopytko do nosa.
-Biedny aligatorek - rzekła z żalem księżniczka.
-Pewnie chciał zjeść Dzielną Do, dlatego to zrobiła - jej koleżanka chciała ją pocieszyć, bo widziała, że jest bliska płaczu. Poklepała ją po ramieniu - to już jest koniec jesteśmy w ostatnim pokoju.
Weszły w głąb korytarza. Co dziwne próg korytarza był tak wysoki, że trucizna nie sięgała jeszcze na tyle wysoko, by się tam przedostać. Najpierw zobaczyły białe światło w końcu przejścia, później Do. Podróżniczka była jeszcze na tyle przytomna ,by zauważyć jej wybawicielki.
-Nie wchodźcie do tego czegoś, to jest trucizna - zawołała z wielkim trudem, gdyż okazało się, że nawet wiszenie w takiej pozie może być męczące. Twilight czując znajomy odór pociągła nosem. Znała ten zapach.
-Wiem co to jest! To jest kwas, na zajęciach z Celestią studiowałyśmy tę substancję, poparzyłam wtedy kopytko - westchnęła.
-Więc...
-Więc jeżeli wejdziemy do kwasu wtedy zeżre nas żywcem.
-Uuu... słabo - rozmawiały chwilę Twi i Dashy.
Podleciały do Do i jej rodziców. Najpierw spróbowały jakoś wyciągnąć celebrytkę. Poszło niespodziewanie łatwo. Wyjęły ją wraz z metalowymi półkolami, przyspawanymi do ciężkich kamiennych bloków. Jednak gdy ją wyciągały. kamienne kajdanki zsunęły się wprost do kwasu, gdzie w momencie się rozpłynęły. Do wywinęła parę beczek w powietrzu i na koniec przytuliła swoje przyjaciółki. Rainbow odsunęła ją od siebie, mówiąc:
-Świętować będziemy później.
Podobnie zrobiły z jej mamą i poszło równie łatwo. Problem był wyłącznie z jej tatą. Zaczęły go powoli wyciągać. Gdy im się udało, metalowe obręcze nie zsunęły się tak jak wcześniej. Były przyczepione klejem i ściągniecie ich zdawało się niemożliwe. Lecz to nie był jedyny problem. Po wyjęciu bloków świątynia zaczęła się walić. Setki większych lub mniejszych kamieni zaczęły spadać na posadzkę. Kwas z rur wylewał się coraz szybciej. Tata nie mógł im pomóc - poturbowany przez sługi był tak obolały, że ruch jego skrzydeł sprawiał mu niesamowity ból. Nawet gdy podnosiły go trzy pegazy podniesienie go było zbyt bezowocne. Jej mama również chciała pomóc, ale Do wiedziała, że jej matka nie może doświadczać takiego wysiłku. Ona nie wytrzymała jednak i rzuciła się po swojego męża. Jej córka, zła na swoją matkę, kazała jej przestać. Ta jej nie posłuchała, musiała im pomóc. Stopniowo zaczęły się podnosić. Do odetchnęła z ulgą.
Jeden z kamieni uderzył właśnie w jej matkę, który wytrącił ją z równowagi. Zaczęła spadać. Córka ruszyła w rozpaczy za nią, puszczając jej ojca. Musiała wybrać po między dwoma rodzicami, ale matka gdyby jej nie złapała ,nie skończyło by się to dla nie dobrze. Przeleciała pod nią w ostatniej chwili i złapała ją na grzbiet. Sama lekko odparzyła sobie kopytka, ale przy ilości adrenaliny, jaka płynęła teraz w jej krwi nie czuła bólu. Zaczęła wznosić się ponad mury świątyni.
-Poczekajcie, za chwilę wrócę
-Dobrze... - powiedziała Dashy, która była na skraju wytrzymania.
Odłożyła swoją matkę na trawę. W tym momencie Twi prawie zemdlała z powodu przemęczania. Rainbow zaczęła również spadać pod wpływem ciężaru, lecz nie puściła. Musiała wytrzymać. Alicorn obudził się w ostatniej chwili. Znajdowała się centymetry nad kwasem. Jednak tata Dzielnej Do nie miał tyle szczęścia. Kamienie do których był przyspawany zamoczyły się w substancji. Niestety tak jak jego skrzydła. Biedak zawył z bólu. Do widząc co się dzieje pomogła go wynieść. Ona i Dashy wzięła go na swoje barki i zaczęły z nim lecieć do najbliższego szpitala. Całą drogę wył. Czuł jakby jego plecy płonęły, teraz zamiast skrzydeł miał jedynie wystawiające kawałki kości, którymi poruszał skrzydłami. Również z powodu otwartej rany krew sączyła się po jego plecach.
Twilight wzięła panią Kate sama, ponieważ sama Kate mogła latać, księżniczka na wszelki wypadek jej pomogła.
Operacja pana Lennego trwała trochę. Na koniec pan doktor poprosił Do i Kate Mithouse. Sam ojciec po operacji nie wyglądał źle, choć teraz teoretycznie nie był już pegazem. Jednak to tylko teoria. Owinęli mu bandaż wokół jego klatki piersiowej, zakrywając wystawiające z tyłu kikuty.
-Jak się czujesz tato?
-Bywało lepiej - ojciec westchnął.
-Wiesz, że teraz będziesz musiał zmienić swój tryb życia? - ostrożnie zapytała żona.
-Wiem.
-Koniec z lataniem.
-Wiem!
-Koniec z...
-Kobieto zrozumiałem, możesz jak na razie o tym nie wspominać? - Lenny poczerwieniał ze złości.
-Już dobrze - wystraszona odsunęła się kroczek.
Rozmawiali przez chwilę. Do po chwili wyszła przypominając sobie, że ma coś do zrobienia. Popędziła czym prędzej do przyjaciółek.
-Chyba mamy coś niedokończonego?
-A... twój tata?
-Spokojnie, moja mama z nim będzie, a wam muszę jakoś podziękować.
-Naprawdę nie mu...
-Ale chcę - przerwała Do Twilight. Popatrzyła na Rainbow, która ułożyła się w kącie i zasnęła na chwile. - Może zróbmy tak: krótka drzemka, a rano poranna herbatka. Wszyscy musimy odpocząć.
-Maaaaasz rację - Twilight ziewnęła.
Wstały niedaleko godziny obiadowej. Każda zaparzyła sobie swoją ulubioną herbatę. Dash oczywiście z dodatkiem soku jabłkowego. Rozmawiały zawzięcie o tym, co będzie dalej.
-Chyba na chwilę zaprzestanę kolejnych przygód.
-CO?! - Rainbow zakrztusiła się herbatą wypluwając jej trochę na podłogę. - TY... nie,.. mo.. - nie mogła przestać kaszleć. Księżniczka poklepała ją delikatnie po plecach.
-Pójdę po szmatkę - zaproponowała Twi.
-Spokojnie to nie oznacza, że z nimi kończę od razu - zaśmiała się Do.
-I co niby będziesz robić?
-Naprawdę umiem sobie znaleźć zajęcie. Mogłabym wam pomóc tu w Ponyville i poświęcić trochę więcej czasu moim największym fankom.
Rainbow nie kryła ekscytacji. Przytuliła celebrytkę i zrobiła parę beczek pod samym dachem. Przez cały dzisiejszy dzień nie miały zamiaru już niczego robić. Tylko siedziały u Alicorna i rozmawiały.
To było dla nich jedne z najbardziej ekscytujących i zarazem najniebezpieczniejszych przygód. Podczas tych pogaduch przemknęła jej myśł:
"Ciekawe co robi Ahuizotl?"
Ten wiedział, co się stało i przeklinał w duchu:
Następnym razem zginiesz!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz